„Doktryna Donroe”

Latest Comments

Brak komentarzy do wyświetlenia.

Ostatnia rozmowa w Radio WNET o tzw. „doktrynie Donroe” bardzo dobrze domyka wątki, które pojawiały się w moich analizach przez cały ubiegły rok. Grenlandia nie jest dziś egzotycznym marginesem geopolityki, lecz jednym z punktów zapalnych nowego porządku bezpieczeństwa.

Wysłanie wojsk europejskich państw NATO na Grenlandię – nawet pod parasolem sojuszniczej retoryki – ujawnia fundamentalne napięcie, z którym Zachód będzie musiał się mierzyć coraz częściej: rozbieżność interesów USA i Europy przy formalnym zachowaniu jedności Sojuszu. Nie jest to już spór akademicki, ale realny dylemat decyzyjny.

W ubiegłym roku wielokrotnie podkreślałam, że administracja Donalda Trumpa myśli o bezpieczeństwie w kategoriach stref wpływu, kontroli przestrzeni i szybkiej projekcji siły, a nie długotrwałych mechanizmów multilateralnych. Grenlandia idealnie wpisuje się w tę logikę: kluczowa geograficznie, infrastrukturalnie i surowcowo, a przy tym formalnie „peryferyjna” z punktu widzenia europejskiej opinii publicznej.

Wypowiedź wicepremiera i ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza o konieczności zachowania jedności NATO jest zrozumiała, ponieważ Polska znajduje się w szczególnie wrażliwej sytuacji. Amerykańska obecność wojskowa na naszym terytorium, hub logistyczny dla Ukrainy i strategiczna zależność od USA ograniczają nasze pole politycznego manewru. Pozycja ta nie jest nadzwyczaj komfortowa do stawiania twardych warunków…

Jednocześnie trzeba jasno powiedzieć: potencjalna obecność wojsk europejskich na Grenlandii nie byłaby działaniem neutralnym. Wciągałaby NATO w operację, której głównym celem nie jest Rosja, lecz Chiny — państwo, które konsekwentnie buduje swoje wpływy arktyczne metodą ekonomiczną, infrastrukturalną i naukową, a nie militarną. To właśnie ten aspekt w USA jest postrzegany jako największe długoterminowe zagrożenie.

„Doktryna Donroe” czy jakkolwiek publicystyczna nazwa by jej nie towarzyszyła, nie oznacza zerwania z #NATO. Oznacza raczej próbę podporządkowania Sojuszu amerykańskiej hierarchii priorytetów. Europa będzie coraz częściej stawiana przed wyborem: uczestnictwo albo marginalizacja.

Z perspektywy Polski kluczowe pytanie nie brzmi „czy”, ale na jakich warunkach. Każde zaangażowanie poza bezpośrednią wschodnią flanką powinno być kalkulowane nie tylko w kategoriach solidarności sojuszniczej, ale realnych kosztów strategicznych. W nowej architekturze bezpieczeństwa lojalność bez sprawczości bywa walutą bardzo drogą, a Polski nie stać na jej bezsensowne rozdawanie.

Nie jest to jeszcze moment przesilenia, ale wyraźny sygnał, że świat wchodzi w fazę, w której mapa NATO nie zawsze będzie pokrywać się z mapą interesów jego członków. I to jest właśnie temat rozmowy, którą Europa musi wreszcie zacząć prowadzić na poważnie.

TAGS

CATEGORIES

W mediach

No responses yet

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *